Drugi dzień kursu paralotniowego zaczął się powtórką poznanej wcześniej teorii. Jeszcze raz przypomniano nam, jak zakłada się uprząż, jaką pozycję należy przyjąć podczas wznoszenia skrzydła, w jaki sposób rozpocząć i kontynuować rozbieg oraz co robić, gdy rozpędzimy się na tyle by móc już zostać uniesionym przez paralotnię.
O dziewiątej wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na pierwsze zajęcia praktyczne – na łączkę. Prowadzący mówiąc, że są bardzo słabe warunki wiatrowe i raczej dziś nic nie wyjdzie z lotów, trochę nas zmartwił – stwierdził, że pobawimy się tylko na ziemi, ale i tak było to dla nas coś niezwykłego.
Instruktor kazał nam zostawić plecaki z ekwipunkiem, sam wybrał jedno ze skrzydeł (dostosowane do jego wagi) i poprosił, byśmy razem z nim wspięli się na górkę u podnóża której byliśmy. Tam wyjął paralotnię z pokrowca, pokazał, w jaki sposób rozkłada się ją na ziemi oraz do czego służą poszczególne linki i zapięcia uprzęży. Zobaczyliśmy też, jak wyglądają taśmy, na których będziemy wisieli podczas lotu – do nich przyczepione są linki utrzymujące kształt skrzydła.
Po zakończeniu krótkiego “wykładu”, Witek przypiął się do skrzydła, zrobił kilka kroków (paralotnia wyskoczyła nad jego głowę), po czym zbiegł z górki. Udało mu się przelecieć jedynie mały kawałek – widocznie warunki rzeczywiście były do niczego… Dopiero wtedy uwierzyłem w poranne słowa instruktora – wcześniej miałem nadzieję, że mieliśmy tylko zostać zmotywowani do większego i bardziej intensywnego wysiłku podczas nauki…
Prowadzący zawołał nas, byśmy zeszli na dół góry – tam, gdzie on wylądował i gdzie zostawiliśmy, pod opieką Trola, nasze plecaki. Jeszcze raz opowiedział, jak rozkłada się skrzydło, po czym kazał nam wyciągnąć nasze sprzęty z pokrowców i przygotować je do ćwiczeń.
Z początku szło nam wybitnie topornie: a to podmuch wiatru zawinął skrzydło, a to jakaś gałązka wmieszała się w linki i skutecznie je poplątała. Z biegiem czasu nabieraliśmy jednak coraz większej wprawy w operowaniu paralotnią rozłożoną na trawie.
Zobaczyliśmy, że kewlar, z którego wykonane są linki, jest dość sztywnym i śliskim materiałem. Dzięki temu wystarczy lekko je naciągnąć i silnie nimi potrząsnąć – spowoduje to poprawne ich rozdzielenie (oczywiście jeśli nie są poplątane w jakiś wybitnie perfidny sposób – gdy uda się komuś przełożyć uprząż między linkami, to będzie trzeba włożyć wiele pracy w doprowadzenie całości do stanu używalności).
Zostaliśmy też uprzedzeni, by uważać przy pracy z linkami – są one nie tylko sztywne, ale i ostre. Podobno potrafią nieźle pociąć rękę nieuważnej osoby, która za ostro przeciągnie linkę między palcami.
Osoby, które zdołały przygotować skrzydło do lotu, zostały pouczone, jak należy przypinać się do paralotni – należy pamiętać o założeniu kasku, prawidłowej kolejności zapinania pasków i odpowiednim uchwyceniu sterówek, tak by po podniesieniu skrzydła dobrze leżały w dłoniach (na początku wszyscy mieli z tym problemy) i umożliwiły kierowanie kierunkiem rozbiegu (a potem i lotu).
Kursanci przygotowani do ćwiczeń otrzymywali polecenia przez radio przypięte do uprzęży – najpierw stawiało się skrzydło nad głowę, potem biegło w pozycji jaskółki. Tu też pojawiły się pierwsze problemy – chyba każdy z nas otrzymał reprymendę za nieprawidłową postawę (za mało pochylona sylwetka) oraz brak dynamiki przy biegu. Cały problem w tym, by robić coraz większe i szybsze kroki – nie jest to łatwe, w sytuacji gdy przez złą sylwetkę pilota skrzydło próbuje się wznieść, ciągnąc go w górę. W takiej sytuacji traci się na chwilkę kontakt z podłożem i nie można nabierać prędkości – spowolnione skrzydło opada, nogi dotykają ziemi i dopiero wtedy można biec dalej. Zła sylwetka znowu powoduje uniesienie się i nawrót problemów…
Drugim częstym błędem (miałem z tym wiele problemów) był brak zachowania kierunku rozbiegu – mieliśmy zbiegać prosto w dół lekko nachylonej łączki, a my dawaliśmy się ciągnąć skrzydłu w różne strony (paralotnia ustawia się zawsze pod wiatr i w takim też kierunku się porusza). Rozwiązaniem okazało się podbiegnięcie pod skrzydło (by wyrównać napięcie taśm) oraz lekka praca sterówkami (by skrzydło skręciło i nakierowało się na planowany kierunek). Wyrobienie sobie tych umiejętności zajęło nam masę czasu. Tak naprawdę to dopiero ostatniego dnia kursu czułem, że panuję nad kierunkiem rozbiegu.
Witek cały czas trzymał w rękach krótkofalówkę i wywrzaskiwał (by przebić się przez szum powietrza i kask) komendy oraz reprymendy, Trol operował kamerą i nagrywał nasze starania. Później mieliśmy oglądać je w bazie i dokładnie analizować popełniane przez nas błędy.
Po wylądowaniu (w naszym przypadku – po skończeniu biegu) zbiera się linki tuż przy uprzęży, zwija je w dużą pętlę aż dojdzie się do samego skrzydła. Tam łapie się za linki (jak najbliżej poszycia) i ciągnąc za nie unosi się płachtę, zakładając ją na plecy. Dużo łatwiej mają wysokie osoby – nie muszą bardzo się starać przy tym manewrze – skrzydło na ich karkach będzie nad ziemią, zaś osobnicy obdarzeni niższym wzrostem zostają zmuszeni do dokładności – należy upewnić się, że paralotnia nie dotyka ziemi i nie wplącze się w nogi podczas podejścia.
W pewnym momencie zobaczyliśmy faceta biegnącego pod górkę – wrzeszczał coś w stylu “PANIE! Gdzie na moim polu! Wynocha! To moje pole!” – spojrzeliśmy na Witka, ale on zdawał się nie reagować. Kiedy człowiek podbiegł do nas, przywitał się z instruktorami. Okazało się, że to rzeczywiście właściciel górki, na której trenujemy (a prywatnie przyjaciel Witka i Trola). Ciekawe, czy wita w ten sposób wszystkie turnusy treningowe?
Chwilę później dołączyła do nas para – córka Witka i jej ukochany. Ona przejęła kamerę zaś, wolny już Trol i przyszły zięć Witka zaczęli udzielać rad. Od tej pory zajęcia wyraźnie przyspieszyły – już nie jedna, a trzy osoby kontrolowały ułożenie linek, podpięcie do skrzydeł i gotowość startową.
Kiedy instruktorzy uznali, że dość dobrze radzimy sobie z podnoszeniem skrzydeł i początkowym rozbiegiem zakomenderowali, przemarsz na szczyt wzniesienia, pod którym się znajdowaliśmy – to właśnie z tamtego miejsca Witek oddał próbny, dość krótki lot…
Zostaliśmy poinstruowani co do poprawnego składania skrzydła i chowania go do plecaka – trzeba odpowiednio ułożyć linki (nie udało mi się za pierwszym razem – oczywiście doczekałem się stosownego komentarza ze strony Witka) i zachować prawidłową kolejność zaginania płachty paralotni. Zapakowaliśmy cały ekwipunek i zaczęliśmy wspinać się na górę.
Po zdobyciu wierzchołka rozłożyliśmy skrzydła i przygotowaliśmy się do lotów. Tym razem czułem lekki strach – górka miała dość płaski wierzchołek z bardzo łagodnym spadkiem, który jednak po jakichś 10 metrach kończył się urwiskiem i przechodził w dość strome zbocze. Wyglądało to tak jakby wbiegało się w przepaść…
Ustawiłem się tak nieszczęśliwie że byłem jedną z pierwszych osób wykonujących lot. Przygotowałem się i po sprawdzeniu wszystkiego, usłyszałem komendę ”start!”’. Naparłem na taśmy, skrzydło posłusznie wzniosło się, Witek podpowiedział – ”rozbieg! ” – więc ruszyłem. Po raz kolejny tego dnia za mało pochyliłem się i spowodowałem przedwczesne uniesienie się skrzydła – przez to nie uzyskałem wystarczającej prędkości i przy samym urwisku nadal biegłem. Zostałem zmuszony do biegu po stromym zboczu. Dopiero w połowie górki udało mi się rozpędzić skrzydło do prędkości granicznej i uniosłem się! Lot trwał bardzo krótko – nie dałem nawet rady przejść do pozycji siedzącej. Mimo to byłem zachwycony – po raz pierwszy naprawdę leciałem!
Lądowanie miałem dość miękkie. Cały czas byłem w pozycji startowej, więc nogi były przygotowane do amortyzacji przy zetknięciu z ziemią – spokojnie zatrzymałem się i przyziemiłem paralotnię. Zebrałem linki, zarzuciłem skrzydło na plecy i zacząłem wspinać się pod górkę, słuchając komentarza Witka o złej pozycji rozbiegu i jej konsekwencjach w postaci słabego lotu.
W czasie mojego powrotu następni kursanci rozpoczęli starty. Im później ktoś zaczynał tym lepiej mu szło. Mijał stres, a obfite i ”soczyste” komentarze Witka robiły swoje. Mój współlokator, Andrzej, poleciał niemal z samego szczytu górki i uzyskując całkiem przyzwoitą wysokość, wylądował kilkadziesiąt metrów za moim punktem przyziemienia. Drugi kolega, Mariusz, przed lądowaniem sprzeciwił się Witkowi i wykonał unik – zbliżał się do poprzedniej osoby i nie chciał na niej wylądować.
Jeden z pilotów popełniał cały czas ten sam błąd – przy pierwszych oznakach unoszenia przez skrzydło (spowodowanych – jak u mnie – złą pozycją przy rozbiegu) rzucał się do przodu – miał nadzieję, że już poleci. O ile postępowanie takie na łące nie groziło niczym poważnym, to na urwisku skończyło się zjechaniem po górce twarzą (na szczęście zdążył zasłonić ją rękoma) i torsem. Od Witka otrzymał stosowną reprymendę, od nas ksywkę ”Superman”, zaś od górki ładne zadrapania na przedramionach i czole.
Mój drugi start był jeszcze gorszy niż pierwszy – straciłem równowagę przy rozbiegu i na chwilę upadłem na kolana. Udało mi się podnieść zanim skrzydło upadło, ale straciłem nad nim kontrolę – zboczyłem z linii rozbiegu i usłyszałem komendę ”stop”. Skrzydło, porwane podmuchem wiatru, wylądowało za pobliskim krzewem zaś linki wplątały się w jego gałęzie. Gdy przystąpiłem do ich wyplątywania, okazało się, że krzaczek jest dość kolczasty – gdybym przez niego “przeleciał”, to miałbym nieliche zadrapania na całym ciele. Miałem poważne problemy z odseparowaniem linek od gałęzi. W końcu zszedł do mnie Witek i z całej siły szarpnął za taśmy – linki wyrwały się z objęć rośliny i mogłem wracać na górkę. Okazało się przy tym, że linki są bardzo wytrzymałe i nie trzeba się z nimi obchodzić w sposób bardzo troskliwy.
Nie miałem, niestety, możliwości wykonania kolejnej próby lotu – wiatr zmienił kierunek, definitywnie kończąc dzień treningowy.
Po raz drugi tego dnia złożyliśmy skrzydła (tym razem poszło mi lepiej), spakowaliśmy uprzęże i kaski do plecaków i powędrowaliśmy w kierunku samochodu.
Zmęczeni, ale i szczęśliwi wracaliśmy do Szczyrku, cały czas komentując wrażenia minionego dnia. Najbardziej ucieszyły nas słowa Witka – powiedział, że dobrze nam poszło i że jutro jedziemy na dużą górkę!
Dużo więcej zdjęć zawiera galeria z drugiego dnia kursu paralotniowego.