Paralotnie - dzień drugi - bieganie pod skrzydłem
wtorek, czerwiec 13th, 2006Drugi dzień kursu paralotniowego zaczął się powtórką poznanej wcześniej teorii. Jeszcze raz przypomniano nam, jak zakłada się uprząż, jaką pozycję należy przyjąć podczas wznoszenia skrzydła, w jaki sposób rozpocząć i kontynuować rozbieg oraz co robić, gdy rozpędzimy się na tyle by móc już zostać uniesionym przez paralotnię.
O dziewiątej wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na pierwsze zajęcia praktyczne - na łączkę. Prowadzący mówiąc, że są bardzo słabe warunki wiatrowe i raczej dziś nic nie wyjdzie z lotów, trochę nas zmartwił - stwierdził, że pobawimy się tylko na ziemi, ale i tak było to dla nas coś niezwykłego.
Instruktor kazał nam zostawić plecaki z ekwipunkiem, sam wybrał jedno ze skrzydeł (dostosowane do jego wagi) i poprosił, byśmy razem z nim wspięli się na górkę u podnóża której byliśmy. Tam wyjął paralotnię z pokrowca, pokazał, w jaki sposób rozkłada się ją na ziemi oraz do czego służą poszczególne linki i zapięcia uprzęży. Zobaczyliśmy też, jak wyglądają taśmy, na których będziemy wisieli podczas lotu - do nich przyczepione są linki utrzymujące kształt skrzydła.
Po zakończeniu krótkiego “wykładu”, Witek przypiął się do skrzydła, zrobił kilka kroków (paralotnia wyskoczyła nad jego głowę), po czym zbiegł z górki. Udało mu się przelecieć jedynie mały kawałek - widocznie warunki rzeczywiście były do niczego… Dopiero wtedy uwierzyłem w poranne słowa instruktora - wcześniej miałem nadzieję, że mieliśmy tylko zostać zmotywowani do większego i bardziej intensywnego wysiłku podczas nauki…
Prowadzący zawołał nas, byśmy zeszli na dół góry – tam, gdzie on wylądował i gdzie zostawiliśmy, pod opieką Trola, nasze plecaki. Jeszcze raz opowiedział, jak rozkłada się skrzydło, po czym kazał nam wyciągnąć nasze sprzęty z pokrowców i przygotować je do ćwiczeń.
Z początku szło nam wybitnie topornie: a to podmuch wiatru zawinął skrzydło, a to jakaś gałązka wmieszała się w linki i skutecznie je poplątała. Z biegiem czasu nabieraliśmy jednak coraz większej wprawy w operowaniu paralotnią rozłożoną na trawie.
Zobaczyliśmy, że kewlar, z którego wykonane są linki, jest dość sztywnym i śliskim materiałem. Dzięki temu wystarczy lekko je naciągnąć i silnie nimi potrząsnąć - spowoduje to poprawne ich rozdzielenie (oczywiście jeśli nie są poplątane w jakiś wybitnie perfidny sposób - gdy uda się komuś przełożyć uprząż między linkami, to będzie trzeba włożyć wiele pracy w doprowadzenie całości do stanu używalności).
Zostaliśmy też uprzedzeni, by uważać przy pracy z linkami - są one nie tylko sztywne, ale i ostre. Podobno potrafią nieźle pociąć rękę nieuważnej osoby, która za ostro przeciągnie linkę między palcami.
Osoby, które zdołały przygotować skrzydło do lotu, zostały pouczone, jak należy przypinać się do paralotni - należy pamiętać o założeniu kasku, prawidłowej kolejności zapinania pasków i odpowiednim uchwyceniu sterówek, tak by po podniesieniu skrzydła dobrze leżały w dłoniach (na początku wszyscy mieli z tym problemy) i umożliwiły kierowanie kierunkiem rozbiegu (a potem i lotu).
Kursanci przygotowani do ćwiczeń otrzymywali polecenia przez radio przypięte do uprzęży - najpierw stawiało się skrzydło nad głowę, potem biegło w pozycji jaskółki. Tu też pojawiły się pierwsze problemy - chyba każdy z nas otrzymał reprymendę za nieprawidłową postawę (za mało pochylona sylwetka) oraz brak dynamiki przy biegu. Cały problem w tym, by robić coraz większe i szybsze kroki - nie jest to łatwe, w sytuacji gdy przez złą sylwetkę pilota skrzydło próbuje się wznieść, ciągnąc go w górę. W takiej sytuacji traci się na chwilkę kontakt z podłożem i nie można nabierać prędkości - spowolnione skrzydło opada, nogi dotykają ziemi i dopiero wtedy można biec dalej. Zła sylwetka znowu powoduje uniesienie się i nawrót problemów…
Drugim częstym błędem (miałem z tym wiele problemów) był brak zachowania kierunku rozbiegu - mieliśmy zbiegać prosto w dół lekko nachylonej łączki, a my dawaliśmy się ciągnąć skrzydłu w różne strony (paralotnia ustawia się zawsze pod wiatr i w takim też kierunku się porusza). Rozwiązaniem okazało się podbiegnięcie pod skrzydło (by wyrównać napięcie taśm) oraz lekka praca sterówkami (by skrzydło skręciło i nakierowało się na planowany kierunek). Wyrobienie sobie tych umiejętności zajęło nam masę czasu. Tak naprawdę to dopiero ostatniego dnia kursu czułem, że panuję nad kierunkiem rozbiegu.
Witek cały czas trzymał w rękach krótkofalówkę i wywrzaskiwał (by przebić się przez szum powietrza i kask) komendy oraz reprymendy, Trol operował kamerą i nagrywał nasze starania. Później mieliśmy oglądać je w bazie i dokładnie analizować popełniane przez nas błędy.
Po wylądowaniu (w naszym przypadku – po skończeniu biegu) zbiera się linki tuż przy uprzęży, zwija je w dużą pętlę aż dojdzie się do samego skrzydła. Tam łapie się za linki (jak najbliżej poszycia) i ciągnąc za nie unosi się płachtę, zakładając ją na plecy. Dużo łatwiej mają wysokie osoby - nie muszą bardzo się starać przy tym manewrze - skrzydło na ich karkach będzie nad ziemią, zaś osobnicy obdarzeni niższym wzrostem zostają zmuszeni do dokładności - należy upewnić się, że paralotnia nie dotyka ziemi i nie wplącze się w nogi podczas podejścia.
W pewnym momencie zobaczyliśmy faceta biegnącego pod górkę - wrzeszczał coś w stylu “PANIE! Gdzie na moim polu! Wynocha! To moje pole!” - spojrzeliśmy na Witka, ale on zdawał się nie reagować. Kiedy człowiek podbiegł do nas, przywitał się z instruktorami. Okazało się, że to rzeczywiście właściciel górki, na której trenujemy (a prywatnie przyjaciel Witka i Trola). Ciekawe, czy wita w ten sposób wszystkie turnusy treningowe?
Chwilę później dołączyła do nas para - córka Witka i jej ukochany. Ona przejęła kamerę zaś, wolny już Trol i przyszły zięć Witka zaczęli udzielać rad. Od tej pory zajęcia wyraźnie przyspieszyły - już nie jedna, a trzy osoby kontrolowały ułożenie linek, podpięcie do skrzydeł i gotowość startową.
Kiedy instruktorzy uznali, że dość dobrze radzimy sobie z podnoszeniem skrzydeł i początkowym rozbiegiem zakomenderowali, przemarsz na szczyt wzniesienia, pod którym się znajdowaliśmy - to właśnie z tamtego miejsca Witek oddał próbny, dość krótki lot…
Zostaliśmy poinstruowani co do poprawnego składania skrzydła i chowania go do plecaka - trzeba odpowiednio ułożyć linki (nie udało mi się za pierwszym razem – oczywiście doczekałem się stosownego komentarza ze strony Witka) i zachować prawidłową kolejność zaginania płachty paralotni. Zapakowaliśmy cały ekwipunek i zaczęliśmy wspinać się na górę.
Po zdobyciu wierzchołka rozłożyliśmy skrzydła i przygotowaliśmy się do lotów. Tym razem czułem lekki strach - górka miała dość płaski wierzchołek z bardzo łagodnym spadkiem, który jednak po jakichś 10 metrach kończył się urwiskiem i przechodził w dość strome zbocze. Wyglądało to tak jakby wbiegało się w przepaść…
Ustawiłem się tak nieszczęśliwie że byłem jedną z pierwszych osób wykonujących lot. Przygotowałem się i po sprawdzeniu wszystkiego, usłyszałem komendę ”start!”’. Naparłem na taśmy, skrzydło posłusznie wzniosło się, Witek podpowiedział - ”rozbieg! ” - więc ruszyłem. Po raz kolejny tego dnia za mało pochyliłem się i spowodowałem przedwczesne uniesienie się skrzydła - przez to nie uzyskałem wystarczającej prędkości i przy samym urwisku nadal biegłem. Zostałem zmuszony do biegu po stromym zboczu. Dopiero w połowie górki udało mi się rozpędzić skrzydło do prędkości granicznej i uniosłem się! Lot trwał bardzo krótko - nie dałem nawet rady przejść do pozycji siedzącej. Mimo to byłem zachwycony - po raz pierwszy naprawdę leciałem!
Lądowanie miałem dość miękkie. Cały czas byłem w pozycji startowej, więc nogi były przygotowane do amortyzacji przy zetknięciu z ziemią - spokojnie zatrzymałem się i przyziemiłem paralotnię. Zebrałem linki, zarzuciłem skrzydło na plecy i zacząłem wspinać się pod górkę, słuchając komentarza Witka o złej pozycji rozbiegu i jej konsekwencjach w postaci słabego lotu.
W czasie mojego powrotu następni kursanci rozpoczęli starty. Im później ktoś zaczynał tym lepiej mu szło. Mijał stres, a obfite i ”soczyste” komentarze Witka robiły swoje. Mój współlokator, Andrzej, poleciał niemal z samego szczytu górki i uzyskując całkiem przyzwoitą wysokość, wylądował kilkadziesiąt metrów za moim punktem przyziemienia. Drugi kolega, Mariusz, przed lądowaniem sprzeciwił się Witkowi i wykonał unik - zbliżał się do poprzedniej osoby i nie chciał na niej wylądować.
Jeden z pilotów popełniał cały czas ten sam błąd - przy pierwszych oznakach unoszenia przez skrzydło (spowodowanych - jak u mnie - złą pozycją przy rozbiegu) rzucał się do przodu - miał nadzieję, że już poleci. O ile postępowanie takie na łące nie groziło niczym poważnym, to na urwisku skończyło się zjechaniem po górce twarzą (na szczęście zdążył zasłonić ją rękoma) i torsem. Od Witka otrzymał stosowną reprymendę, od nas ksywkę ”Superman”, zaś od górki ładne zadrapania na przedramionach i czole.
Mój drugi start był jeszcze gorszy niż pierwszy - straciłem równowagę przy rozbiegu i na chwilę upadłem na kolana. Udało mi się podnieść zanim skrzydło upadło, ale straciłem nad nim kontrolę - zboczyłem z linii rozbiegu i usłyszałem komendę ”stop”. Skrzydło, porwane podmuchem wiatru, wylądowało za pobliskim krzewem zaś linki wplątały się w jego gałęzie. Gdy przystąpiłem do ich wyplątywania, okazało się, że krzaczek jest dość kolczasty - gdybym przez niego “przeleciał”, to miałbym nieliche zadrapania na całym ciele. Miałem poważne problemy z odseparowaniem linek od gałęzi. W końcu zszedł do mnie Witek i z całej siły szarpnął za taśmy - linki wyrwały się z objęć rośliny i mogłem wracać na górkę. Okazało się przy tym, że linki są bardzo wytrzymałe i nie trzeba się z nimi obchodzić w sposób bardzo troskliwy.
Nie miałem, niestety, możliwości wykonania kolejnej próby lotu - wiatr zmienił kierunek, definitywnie kończąc dzień treningowy.
Po raz drugi tego dnia złożyliśmy skrzydła (tym razem poszło mi lepiej), spakowaliśmy uprzęże i kaski do plecaków i powędrowaliśmy w kierunku samochodu.
Zmęczeni, ale i szczęśliwi wracaliśmy do Szczyrku, cały czas komentując wrażenia minionego dnia. Najbardziej ucieszyły nas słowa Witka – powiedział, że dobrze nam poszło i że jutro jedziemy na dużą górkę!
Dużo więcej zdjęć zawiera galeria z drugiego dnia kursu paralotniowego.