Paralotnie - dzień pierwszy
O dziewiątej rano stawiliśmy się pod bramą szkoły - czekała tam już grupka innych uczestników kursu. Weszliśmy do środka i zajęliśmy miejsca przy stole.
Instruktorzy przedstawili się - poznaliśmy Witka i Trola - to właśnie oni będą wprowadzać nas w tajniki paralotniarstwa.
Witek sprawdził obecność, rozdał do podpisania umowy (dowiedzieliśmy się o wysokości ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków – 5000 zł [czyli wystarczy na dojazd do szpitala :P] oraz o tym, że OC również opiewa na oszałamiającą kwotę 5000 zł - bardzo niewiele, biorąc pod uwagę szkody, jakie możemy uczynić). Podpisaliśmy też kwit poruszający dwie istotne kwestie. Po pierwsze – jeśli nie ukończymy kursu, nie będziemy się domagać zwrotu kosztów, po drugie jeśli nie dopisze pogoda i damy rady wykonać wymaganej ilości lotów podczas tego spotkania, mamy na to czas do końca roku. Dopełnieniem formalności były ankiety - podaliśmy w nich swoje dane osobowe oraz najważniejszą w danej chwili informację to, ile ważymy.
Po zabawie z papierkami przejął nas Trol - zaprezentował film z lotów zeszłorocznych kursantów. Na bieżąco komentował ich wyczyny i wskazywał popełniane przez nich błędy. Starty, przeloty i lądowania oglądane na filmie wydawały się bardzo łatwe do wykonania - nie mogłem się doczekać chwili, w której uniosę się nad ziemię.
Po projekcji nadeszła pora na dobranie skrzydeł i uprzęży - do tego właśnie potrzebna była waga każdego z jedenastu uczestników kursu - paralotnia projektowana jest do unoszenia ciężaru mieszczącego się w pewnych przedziałach.
Każdy z nas otrzymał swoją uprząż, skrzydło, kask i pokrowiec na to wszystko. Zaczęliśmy od uprzęży - po kolei zawieszaliśmy się na specjalnych hakach, na których dopasowywaliśmy niezliczone paski uprzęży i uczyliśmy się przyjmować podstawowe pozycje paralotniarza: do podnoszenia skrzydła, rozbiegową jaskółkę, pozycję siedzącą oraz skręty w lewo i prawo.
Okazało się, że uprząż ma postać plecaka - najpierw zakłada się go na plecy, potem zapina taśmy udowe. Należy tak dopasować ich długość, by dało się włożyć dłoń pod taśmy - nie mogą one być za ciasne i blokować możliwości rozbiegu.
Następnie zapina się taśmę piersiową. Trzyma ona ramiączka uprzęży razem, dzięki temu nie ma możliwości zgubienia plecaka w trakcie lotu, co oczywiście skończyłoby się dość przykrym i gwałtownym zetknięciem z ziemią.
Moja uprząż miała jeszcze dwie dodatkowe taśmy idące od bioder i łączące się z ramiączkami plecaka - dzięki temu była bardziej stabilna podczas rozbiegu.
Najtrudniejszą z trenowanych pozycji jest stosowana podczas rozbiegu jaskółka - należy mocno pochylić się do przodu, ręce trzymać z tyłu i unieść je maksymalnie do góry - tak, by nie naciągać sterówek.
Trol wspominał, że podczas biegu w pozycji jaskółki pamiętać trzeba o tym, by nie wieszać się na taśmach - robiłem tak przy podwieszeniu na hakach, ale przy prawdziwej paralotni spowodowałoby to upadek. Ze słów instruktora wynikało, że odległość do przebiegnięcia zależy od wiatru (jeśli startujemy pod wiatr, to długość rozbiegu zmniejsza się - prędkość względem powietrza jest większa już na samym początku) oraz stromości zbocza (wiadomo, że im bardziej stromo tym szybciej się biegnie, prędzej też oddala się od gruntu).
Dowiedzieliśmy się, że przy prawidłowym ustawieniu skrzydła i dobrym biegu, w jaskółce dość szybko zostaje się uniesionym przez skrzydło. Mimo to należy utrzymać pozycję rozbiegową jeszcze przez trzy sekundy, by być gotowym do przebiegięcia kilku następnych kroków przy utracie wysokości i zetknięciu z podłożem.
Gdy skrzydło uniesie pilota na wystarczającą wysokość, można usiąść wygodnie w uprzęży. Zaczęliśmy trenować energiczny ruch bioder dzięki któremu zajmuje się pozycję siedzącą, potem zakłada się nogę na nogę i można już rozkoszować się przyjemnością lotu, obserwując widoki pod nogami i wsłuchując się w szum wiatru rozcinanego napiętymi linkami.
Na samym końcu trenowaliśmy zmianę kierunku lotu. Aby skrzydło skręcało w którąś stronę, wystarczy zaciągnąć odpowiednią sterówkę, tylni fragment skrzydła (krawędź spływu) zagina się, stawiając opór masom powietrza i wybrana strona skrzydła zwalnia, zostając nieco w tyle. Rozsądnie jest jednak przyjąć specjalną pozycję - wychylając całe ciało w kierunku żądanego skrętu oraz zakładając nogę na nogę, wywiera się nacisk na taśmy, które same ustawiają skrzydło w wybranym kierunku. W ten sposób możemy skręcać bez utraty wysokości - sterówkami poprawiamy jedynie w potrzebie głębszego i ostrzejszego zakrętu.
Pogoda nie pozwoliła, by po zakończeniu zajęć w szkole pojechać w plener trenować nasze wspaniałe umiejętności - wiatry były niesprzyjające, a i podłoże było jeszcze mokre po deszczach, które nawiedziły Szczyrk i okolice kilka dni wcześniej.
Rozstaliśmy się więc koło 15 i umówiliśmy się na 8 rano dnia kolejnego - wtedy mieliśmy już wyjechać…
Przed pożegnaniem Trol powiedział gdzie można dobrze i w miarę niedrogo zjeść. Zwiedziliśmy najbliższą polecaną knajpkę i rzeczywiście - za niewielkie pieniądze (porównywalne z trójmiejskimi cenami) można było zjeść bardzo smaczną zupę oraz drugie danie.
Razem z nami wcinał jeden z kursantów - jego opowieści przekonały nas do próby zdobycia góry, u podnóża której byliśmy - Skrzyczne.
Po jedzeniu ruszyliśmy na wyprawę pod wielką górę. Po kilkuset metrach poczułem, że glany na moich nogach poważnie obcierają o pięty. Próby dopasowania sznurowania niewiele pomagały i uznałem, że zdrowiej będzie zrezygnować teraz i pozwolić trochę odpocząć stopom.
Zmęczeni i przemoczeni turyści wrócili chwilę po 17 - opowiadali, że na górze znaleźć można jeszcze dość sporo śniegu, którego pokłady wykorzystali w drodze powrotnej, ślizgając się po nim
Więcej zdjęć znajduje się w galerii z pierwszego dnia kursu paralotniowego.
27 maja 2006
Coz… plakac sie chce, jak czytam. Zazdroszcze. Nie to zdrowie ;(
4 czerwca 2006
No prosze….. co ja tu widze…. Tedzikowi skrzydla rosna:)
Tylko zazdroscic…!!!