Cel życia?
Jakiś czas temu Haniuta i Riddle zastanawiali się nad sensem edukacji i inwestowania w siebie.
Riddle uznał, że nie ma sensu się uczyć, szkoła to strata czasu, który można przeznaczyć na poznawanie rzeczy przydatnych i interesujących. Napisał, że wszystkie osoby które do czegoś dochodzą w życiu rzucają wcześnie naukę i studia by zająć się własnym biznesem – absolwenci zostają pracownikami u takich osób.
Haniuta rozpoczęła kolejne studia – jeden z wykładowców zdopingował ją do rozważań nad sensem pracy 24/7 – czy rzeczywiście wyścig szczurów i ciągła walka o coraz lepszą pozycję jest podstawowym dążeniem i celem życia? W końcu doszła do wniosku, że pewnie są ludzie, którym sprawia to przyjemność ale ona bez wątpienia do nich nie należy.
A jaki ja jestem? Z jednej strony mam zajęty niemal cały tydzień – praca w WP, nauczanie w szkole, kurs pedagogiczny, trzy kursy tańca, imprezy taneczne. Ale zauważcie, że praca jest tylko środkiem do zdobycia celu – uwielbiam tańczyć więc wydaję kupę kasy na treningi, właśnie wróciłem z urlopu na którym uczyłem się latać na paralotniach, dziś po pracy pędzę na kurs tańców celtyckich, po drodze dokupię brakujące części do mojego wspaniałego roweru…
Chyba wszystko polega na tym, by znaleźć złoty środek między pracą a przyjemnościami – ja do tego dokładam jeszcze minimalizację czasu marnowanego na oglądanie TV – od długiego czasu moje jedyne seanse przed odbiornikiem to fragmenty kuriera czy innych wiadomości oglądane podczas szykowania śniadania.
I wiecie co? Wcale mi nie brakuje telewizora w moim życiu! Dużo bardziej wolę spożytkować wolną godzinę na jakąś ciekawą książkę niż przerzucanie kanałów w TV w nadziei na znalezienie jakiejś treści między blokami reklamowymi…