Paralotnie - dzień zero
Do Szczyrku przyjechaliśmy dość wcześnie - koło 16, szybko znaleźliśmy nasz pensjonat (rzeczywiście tuż przy szkole) zrzuciliśmy tam rzeczy i pognaliśmy na plac pod Urzędem Miasta, gdzie trwać miał już koncert zespołu muzyki celtyckiej Banshee (co, jak wiadomo jest dla mnie nie lada atrakcją :D).
Dotarliśmy do centrum miasta a tam widać dopiero rozkładającą się kapelę - niestety nie wyglądali oni na celtów - czyżbyśmy spóźnili się na najciekawszą część imprezy? Szybki rekonesans wśród sprzedających zgromadzonych przy placyku zaowocował dwiema rzeczami - pewnością, że nie spóźniliśmy się bo nikt jeszcze nie grał oraz pysznym szaszłykiem, którego zacząłem z zapałem pałaszować.
W czasie gdy zajmowaliśmy miejsca, krakowski zespół Alergen zdążył się przygotować i rozpoczął koncert… Niestety nawet wyjątkowo energiczny wokalista nie był w stanie rozruszać zmarzniętego tłumu zgromadzonego przed sceną - uparcie powtarzane frazy ‘Wyginam śmiało ciało; wyginam śmiało ciało; wyginam śmiało ciało; Dla mnie to mało’ nie było w stanie wykrzesać aktywności wśród publiki…
Po koncercie Alergenu na scenie pojawił się góral w regionalnym stroju i zapowiedział konkurs. Należało zjeść jak najszybciej kromkę chleba obficie posmarowaną smalcem. W szranki stawiło się dwóch głodnych chłopaków i jedna dziewczyna (która w końcu dała za wygraną i nakarmiła swojego chłopaka) - o dziwo nikt nie wpadł na pomysł złożenia chleba na pół - wszyscy gryźli po kawałku. W końcu jednemu z nich udało się zmęczyć cały kawałek i wygrał nagrodę - weekend w jednym z pensjonatów w Szczyrku.
Podczas rozdawania nagród góralowi asystował wokalista Alergenu - po raz kolejny próbował rozruszać publikę ‘Wyginam ciało śmiało…’ - tym razem poszło już troszkę lepiej - ludzie pili coraz więcej i robiło im się cieplej i sympatyczniej.
W tym momencie góral stwierdził, że pora na kolejny konkurs - tym razem dla pań. Na jego polecenie wystawiono koziołka, na nim leżała kłoda drewna, były też dwie piły ręczne. Wywołał dwie chętne panie i podał warunki - należało jak najszybciej przepiłować kłodę - pani, która wygra otrzyma zaproszenie na weekend w Szczyrku.
Obie zawodniczki ochoczo zabrały się do roboty, niestety ich wysiłki powodowały podskakiwanie belki na koźle - próbowały przytrzymać ją rękoma ale nie na wiele się to zdało. Nagle jedna z pań poprawiła spodnie, zadarła mocno nogę i stopą przycisnęła drewno do kozła. Teraz mogła piłować z całej siły. Udało jej się wyprzedzić konkurentkę o niemal połowę grubości belki!
Sczęśliwa babeczka podskakiwała z rękoma w górze odsłaniając goły pępek. Wręczający nagrodę góral musiał oczywiście skomentować - powiedział najpierw ‘niech mąż uważa co żona może z nogami robić, by potem nie było, że nie może’ a potem że ‘oto prawdziwa kobieta - i ubrać się umie i krzepę ma i pępuszek fajny też’.
Po Alergenie na scenę wszedł oczekiwany zespół Banshee. Od razu uwagę zwróciła urocza skrzypaczka - Ania - po pewnym czasie okazało się, że nie ze względu na wygląd znalazła się w zespole – grała w sposób oszałamiający :D. Wdzięki Ani skutecznie przekonały nas do przeniesienia się z grzańcami do stołu pod samą sceną – mieliśmy doskonały widok na cały zespół.
Niestety i ten zespół poległ przy próbie rozgrzania publiczności – prezentacja poleczki nie zaowocowała tańcem wśród publiczności (moje podrygi [nie dałem rady ustać spokojnie, gdy słyszę tak fajną i znajomo brzmiącą muzykę] w kolejce po kolejne grzańce zostały zauważone i nawet pochwalone [nic dziwnego – byłem chyba jedyną osobą ruszającą się w rytm muzyki]).
Razem z dziewczynami, do stolika których się przysiedliśmy, wymogliśmy na zespole dwa bisy – teraz zagrali bardzo szybko i chyba cieszyli się, że jednak ktoś chce ich słuchać.
Gdy Banshee skończyli grać i kolejny zespół montował się na scenie, przy mikrofonie pojawił się znany już nam góral i zapowiedział kolejny konkurs – tym razem trzeba było skakać przez ciupagę. Najpierw lokalny mistrz – Jędrek – pokazał o co w tym chodzi a potem zaczęto nawoływać by chętni wystąpili.
Miałem już wystarczająco dużo grzańca w krwioobiegu by poczuć się jak rodowity góral więc jako pierwszy zgłosiłem się do konkurencji. Pierwsze podejście i porażka na całej linii – lewa stopa wytrąciła ciupaskę z ręki. Druga próba i już znacznie lepiej – dałem radę przeskoczyć 4 razy do przodu i 3 do tyłu – razem 7 skoków.
Kolejnym zawodnikom szło dużo gorzej – jeden miał glany i nie dał rady wznieść ich nawet na wysokość ciupagi, innym udawał się skok do przodu ale odpadali przy skoku wstecz.
W końcu znalazł się ktoś, kto wyrównał mój wynik (choć jak potem powiedział mi Andreski, to w moich skokach było jeszcze z 10cm zapasu między nogami a ciupagą, zaś u niego buty szorowały po trzonku) – zostałem poproszony o dogrywkę. Poszło mi w niej na tyle dobrze, że konkurent od razu się poddał.
Tak więc zostałem mistrzem skoków przez ciupaskę i otrzymałem kupon na weekend w Szczyrku
Po zakończeniu konkursu na scenie gotowi byli już chłopaki z Present Perfect - zagrali kilka swoich kawałków oraz covery znanych utworów polskich i zagranicznych. Tym razem nasze samozwańcze kółko fanów wzięło na celownik Arka – jednego z gitarzystów zespołu. Chłopak naprawdę się starał i odstawiał fajne szopki podczas gry. W solówce jednego z kawałków wplótł motyw z utworu granego wcześniej przez Banshee, innym razem wziął wiosło nad głowę i tak grał. Kiedy po każdym utworze zaczęliśmy wrzeszczeć ‘Arek, Arek, Arek’ i ‘solówka!!! solówka!!!’ to jeszcze bardziej szalał dla grupy wiernych fanek i fanów.
My nie próżnowaliśmy – gdy grali ‘Zostawcie Tytanica’ wywrzaskiwaliśmy ‘Zostawcie mi Civika’ Braci Soprano, przy marchewkowym polu zaśpiewaliśmy wersję gore tej piosenki, przy innych odstawialiśmy motyw z ‘Saturday Night Live’ – jednym słowem bawiliśmy się na maksa!
Przy ostatnim bisie (zgadnijcie kto domagał się go najgłośniej?) wszyscy wyszliśmy na parkiet i odstawiliśmy pogo – to dopiero był hardcore
[na drugi dzień oczywiście bolały nas karki ale było warto :D]…
Koncerty zakończyły się o 21, potem miał zainstalować się jakiś DJ i puszczać do 3 w nocy aktualnie popularne utwory dyskotekowe – ewakuowaliśmy się w chwili triumfu i nie daliśmy się odmóżdzyć przez graną później muzykę.
Kiedy doszliśmy do domu i kładliśmy się spać otrzymaliśmy SMS’a, że poniedziałkowe zajęcia rozpoczynają się nie o 8 a o 9:00 – dało nam to, bardzo potrzebną, dodatkową godzinę snu.
8 maja 2006
male trivia
otoz na koncercie Present Perfect wrzeszczelismy nie “Arek, Arek…” tylko “Marek, Marek…” bo tak nam sie uslyszalo
co ciekawe czlonkowie zespolu starali sie nas czasami naprostowac - beskutecznie z powodu radochy i grzancow ;]
o tym ze nasz idol ma na imie Arek dowiedzielismy sie nastepnego dnia, gdy spotkalismy przypadkowo reszte “samozwanczego kolka fanow”, ktore odrobilo zadanie domowe i po koncercie poszlo gadac z zespolem i robic z nimi zdjecia
8 maja 2006
Już poprawiłem treść wpisu, dzięki
5 sierpnia 2006
Hmmm, no Arek zawsze daje z siebie wszystko… gdy gra na gitarze. Bo jesli chodzi o inne czynnosci to jakos nie bardzo